W tym tekście piszę o codziennej rzeczywistości szkolnej i o tym, co jest w niej „chlebem powszednim.” O tym, że oparta jest ona o absurdalną i niezgodną z ludzką naturą zasadę, że dziecko będzie czymś zainteresowane na zawołanie. Pokazuję, jak cierpi w tym systemie nauczyciel i jak okradane z możliwości pełnego rozwoju jest dziecko. Nie byłabym sobą, gdybym nie pokazała tego z montessoriańskiej perspektywy. Ale nie jest tylko negatywnie. Na koniec kilka cennych rad, co możemy zrobić w tej złej sytuacji. 

„Piotrek, ty znowu wstajesz z ławki zamiast siedzieć i pisać,” „Basiu, czemu odwracasz się do tyłu?” „Michał, pisz i nie wierć się.” I wreszcie rozpaczliwe: „Piszcie szybciej, bo nie zdążymy. Zaraz dzwonek.” Nauczyciel ogarnięty jest frustracją: „Cholera, nic mi się nie udaje. Przygotowałam się, nakserowałam materiałów, narażając się dyrekcji (w wielu szkołach nauczyciel, który dużo kseruje to nauczyciel, który naraża szkołę na koszty), nawymyślałam tyle przykładów i wszystko na nic. Znowu nie skończę zaplanowanego materiału. A powinnam. Hm… Wiem. To, czego nie zrobiliśmy na lekcji, zadam po prostu do domu. Nie mam wyjścia. I nie mam siły już do tego Piotrka. Gdy siedzi w ławce, wygląda jak zombie. Nic nie robi. Tylko patrzy tymi szklanymi, nieobecnymi oczami, co by tu zmalować. Nie interesuje go to, co mówię, choć bardzo się staram. I klasę mi dekoncentruje. Jak już wszyscy grzecznie siedzą i piszą, to on wstaje i psuje cały porządek, który z takim trudem wywalczyłam. A potem wszyscy mówią, że to ja nie umiem utrzymać w klasie dyscypliny. Że niby „nie radzę sobie z klasą.” No to, co mam robić? Przywiązać Piotrka do ławki??? Żeby mnie zamknęli? Muszę czasem krzyknąć, bo jak nie ryknę na dzieci, to się nie uspokoją i nic z nimi nie zrobię. A tak tego nie lubię. Gardło niepotrzebnie wysilam. I mam taki niesmak do siebie, że krzyczę na dzieci. Ale czasem to jedyne wyjście. Korczak nie byłby ze mnie dumny… A ja naprawdę chciałam zainteresować dzieci tą lekcją i czegoś je nauczyć…” Oto chleb powszedni naszych dzieci i naszych nauczycieli.

Piotrek: „Nie lubię szkoły. Nudno tu jest. Zadania w ćwiczeniówce są wyjątkowo nudne. Ciągle to samo. O niczym nie decyduję. Wszystko mi każą, jakbym był pozbawiony woli. Do tego trzeba siedzieć, a ja mam potrzebę ruchu. Za to na mnie krzyczą. A jak przyjdę do domu i siądę przy laptopie, to słyszę: „tylko przy tym komputerze siedzisz zamiast iść pobiegać. Garb ci od niego urośnie.” Marysia to ma dobrze. Siedzi grzecznie, pisze ładnie, wszystko rozumie. Same piątki i szóstki do domu przynosi. Nigdy nie dostała uwagi w dzienniczku. Nie jestem taki jak ona. Widać, jestem gorszy.”

Wniosek: w opisanej sytuacji wszyscy są na przegranej pozycji: zarówno dzieci, jak i nauczyciel. Ten ostatni czuje się niezrozumiany. Jak by się nie postarał, i tak psy wszyscy na nim wieszają: rodzice, prasa, blogerzy. Dzieci, z kolei, są pod presją czasu i frustracji nauczyciela. One też czują się niezrozumiane. Co bardziej wrażliwe dziecko ma poczucie winy. Widać, że Pani się postarała, a teraz na nas krzyczy. Zawiedliśmy ją. Do wszystkich uczniów w klasie, tak różnych od siebie, przykłada się tą samą miarę. Wszystkie uczą się tego samego, w tym samym czasie, w ten sam sposób. Do tego wymaga się od nich uwagi i ZAINTERESOWANIA NA ZAWOŁANIE. Od 8.00 do 8.30 Pani KAŻE ZAINTERESOWAĆ SIĘ mnożeniem. O 8.35 mają na zawołanie zainteresować się przyrodą. A potem przychodzi siostra i trzeba zainteresować się religią. A za 45 minut pani od angielskiego będzie stawać na głowie, żeby uczniowie zainteresowali się przygodami bohaterów podręcznika i będzie wyczyniać cuda z kolorową wróżką, którą dostała od wydawnictwa jako gratis, żeby urozmaicić lekcję.

Czy można zainteresować się czymś na zawołanie? Przecież to absurd. My, dorośli, oczekujemy tego od dzieci, ale umyka nam fakt, że to po prostu niemożliwe. Pomyślmy o sobie. Czy możliwe jest zainteresowanie się czymś, co jest nam narzucone, nawet przy najlepszych intencjach? Lekturę czytamy inaczej niż książkę, którą sami wybierzemy. Powiedzmy sobie szczerze: zbudowaliśmy system edukacji oparty o niewykonalny absurd. Na co dzień wymagamy od dzieci czegoś, co jest niemożliwe. Nakazując im zainteresowanie, narzucamy im ciężar nie do uniesienia i stosując kary i nagrody (uśmiechnięte buźki, słoneczka, itp), stawiając im oceny rozliczamy je z tego, jak sobie pod tym ciężarem radzą. A potem dziwimy się, że dzieci nie koncentrują się na lekcji. Czy to nie jest po prostu okrutne, wbrew ludzkiej naturze i wbrew zdrowym mechanizmom uczenia się? Daliśmy sobie prawo do tego, by tłumić spontaniczną aktywność dzieci.

Co na to Maria Montessori? O szkole, która zmusza dzieci do grzecznego siedzenia w ławce: „szkoła, zmuszając dzieci do bezruchu, tłumi ich naturalną energię i powoduje, że jak nieżywe istoty, siedzą one unieruchomione w ławkach – tak jak PRZYSZPILONE MOTYLE – zamiast rozpostrzeć skrzydła i zdobywać wiedzę z pasją.” I dalej„Nie jest powiedziane, że tylko uczeń, który milczy nienaturalnie, jakby był niemową, i jest nieruchomy niczym porażony, jest zdyscyplinowany. Taka jednostka jest OBEZWŁADNIONA, nie zdyscyplinowana.”

O edukacji i nauczycielach: „edukacja nie jest czymś, co robi nauczyciel. To naturalny proces, który rozwija się w dziecku spontanicznie.” Tymczasem system szkolny, stawia nauczyciela w pozycji przywódcy i sprawia, że jest on w klasie jedyną nieskrępowaną w swym działaniu jednostką. Jego zadaniem jest poskramianie aktywności uczniów. Kiedy nie udaje się mu zaprowadzić porządku i ciszy, rozgląda się na boki zagubiony, jakby prosił cały świat o wybaczenie, wzywając go na świadka swojej niewinności.” Jako osoba, która w szkole swoje przepracowała, potwierdzam, że te słowa to strzał w dziesiątkę.

I co z tym wszystkim zrobić? Na pewno warto wyjść poza utarty edukacyjny schemat. Tradycyjny system szkolny zapuścił korzenie tak głęboko ze względu na nasz konformizm („nie wydziwiajmy. Ja do szkoły chodziłem i może nie było najlepiej, ale jakoś było i się przeżyło. Jak ja przeżyłem, to inni też dadzą radę.”) i niechęć do tego, co inne, nowe. Tylko czy, przy tak szybko zmieniającej się rzeczywistości, nie robimy dzieciom krzywdy, posyłając je do szkół, które uczą schematycznego myślenia zamiast przygotowywać do życia w ciągłym szumie informacyjnym i ciągłych zmianach?

A my, rodzice, jak możemy pomóc dzieciom? Jest, na szczęście, kilka sprawdzonych sposobów 🙂 : 1) Przede wszystkim nie porównujmy swego dziecka do innych. „Każdy mózg rozwija się według planu, który jest niepowtarzalny jak osobowość jego właściciela.” pisze specjalista od rozwoju mózgu, John Medina. 2) Zdrowie psychiczne naszych dzieci jest ważniejsze niż oceny. 3) Nie obwiniajmy o wszystko nauczycieli. Oni też nie mają łatwo. 4) Skoro szkoła tłumi naturalną aktywność dziecka, pozwólmy mu na nią poza szkołą. 5) Obserwujmy dzieci, zwracając uwagę na ich predyspozycje i to, czym się interesują. „Umiejętność obserwowania bez oceniania jest najwyższą formą inteligencji” 6) DAJMY IM CZAS na twórczą zabawę i własny rozwój. „O, widzę, że interesują cię pingwiny. Może chciałabyś, żebyśmy poszli do biblioteki i poszukali jakichś książek na ten temat.” Lub „Może znajdziemy jakiś ciekawy film o pingwinach i razem go sobie obejrzymy.” 7) Rozmawiajmy z naszymi dziećmi o sobie, o tym, co nas interesowało, gdy byliśmy dziećmi i co interesuje nas teraz. Jeśli mamy niewiele czasu na własne zainteresowania z powodu pracy i mnóstwa obowiązków, powiedzmy o tym otwarcie swemu dziecku. Ale w weekend, gdy wolnego czasu jest więcej, zadbajmy o czas dla siebie i wytłumaczmy małemu człowiekowi: „teraz potrzebuję trochę czasu dla siebie. Będę robił to i to, bo mnie to interesuje. Tak jak Ciebie interesują pingwiny.” Otwarty kanał komunikacji na pewno powetuje niejedną szkodę wyrządzoną przez szkolny system. Bo dla dziecka rodzic jest najważniejszy!

Jeśli interesuje cię temat szkoły polecam wpisy o klasach mieszanych wiekowo, o tym, że szkoła zabija zdolności matematyczne dzieci i jest „rzeźnią talentów”, o genezie obecnego systemu edukacji, porównanie edukacji konwencjonalnej i Montessori ,o załawkowaniu dzieci oraz o tym, jak szkoła zabija ciekawość poznawczą

 

Źródło: czasnaminessori.pl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ